Urzędnicy w Będzinie tak długo przerzucali się pismami w sprawie dworcowej tablicy pamiątkowej, aż wybrany kamieniarz rzucił ręcznik. Rzemieślnik oświadczył wprost, że fizycznie nie zdąży wykuć liter przed rocznicą wojennych łapanek. Została pusta ściana, administracyjny bezwład i pewność absolutnej kompromitacji podczas oficjalnych uroczystości.
Z urzędowej próżni błyskawicznie skorzysta zaradny biznes. Jeszcze w tym tygodniu przed będzińskim dworcem zjawi się konkurencja zza rzeki. Prywatny zakład kamieniarski z Sosnowca przywiezie na własny koszt zastępczą płytę i zamontuje ją na prowizorycznym stelażu dokładnie na godzinę przed przyjazdem oficjalnych delegacji. Władze miasta, postawione pod ścianą, posłusznie złożą kwiaty pod tymczasową tablicą z wygrawerowanym w rogu logo prywatnego wykonawcy. Alternatywą byłoby składanie wieńców pod gołą cegłą.
Magistrat wyda komunikat o „bezpardonowym wykorzystywaniu historii”. Nikogo to oburzenie nie przekona. Na urzędowy apel stawią się zaledwie trzy poczty sztandarowe i siedmiu radnych. Z kolei obrotny warsztat zyska status jedynej firmy w Zagłębiu, która potrafi dowieźć kamień na czas. Zanim minie tydzień, zbierze zaliczki na kilkadziesiąt pomników od zwykłych ludzi, dla których termin to po prostu termin.
