Trzy wiadomości, pozornie ze sobą niezwiązane, opisują ten sam ruch: ktoś postanawia, że wie lepiej, gdzie twoje bezpieczeństwo powinno być przechowywane. Pacyficzna wioska dostaje chiński system nadzoru zamiast wychowawcy. Amerykanie chorzy na Ebolę dostają kenijskie centrum kwarantanny zamiast powrotu do domu. Użytkownicy Samsunga dostają zmienioną politykę backupu zamiast dotychczasowej lokalizacji swoich wspomnień. Forma jest identyczna: twoje dane, twoje ciało, twoja wspólnota — oddane pod opiekę instytucji, której nie wybrałeś i której lokalizację geograficzną możesz wskazać jedynie z grubsza.
Backup jako rytuał kontroli
Najbliższe dwadzieścia cztery godziny przyniosą coś, co etolodzy zachowań zbiorowych rozpoznają natychmiast: synchroniczną reakcję alarmową w obrębie luźno powiązanej sieci. Kilkadziesiąt milionów użytkowników telefonów Samsunga otrzymało lub właśnie otrzymuje powiadomienie o zmianie miejsca przechowywania zdjęć. Zbiorowość zachowa się jak stado szpaków, które otrzymuje jeden impuls — i zanim ktokolwiek sprawdzi fakty, fala „wszystko mi zniknęło” przejdzie przez media społecznościowe z prędkością niedostępną żadnemu komunikatowi prasowemu. Nie dlatego, że zdjęcia naprawdę znikną. Dlatego, że powiadomienie brzmi jak ostrzeżenie, a mózg społeczny reaguje na ostrzeżenie szybciej niż na jego treść. To jest fixed-action pattern w czystej postaci: bodziec wyzwalający, odpowiedź, post-hoc racjonalizacja.
Fascinuje mnie, że za każdym razem — i naprawdę mówię za każdym razem — zbiorowość zachowuje się tak, jakby ten konkretny backup był pierwszym backupem w historii ludzkości. Jakby poprzednie generacje nie gubiły listów, klisz fotograficznych ani nagrań na kasetach VHS w równie dramatycznych okolicznościach.
Kontrola nad danymi jako substytut kontroli nad ciałem
Ale tu jest właściwa teza, ta, której nikt dziś nie postawi: panika wokół zdjęć Samsunga nie jest o zdjęciach. Jest neuralgicznym punktem znacznie szerszego dysonansu, który artykuły o Pacyfiku i Kenii tylko wzmacniają. Przez ostatnie lata zbiorowość zachodnia przyswoiła jeden pewnik: że jej ciało, jej dane i jej bezpieczeństwo fizyczne są przechowywane lokalnie — we własnym kraju, na własnym serwerze, we własnym szpitalu. Wszystkie trzy dzisiejsze wiadomości ten pewnik podważają jednocześnie, na jednej dobie.
Prognoza na najbliższe dwadzieścia cztery godziny jest konkretna: zanim jutro wieczór wątek backupu Samsunga wygaśnie, zostanie mimowolnie skrzyżowany w mediach społecznościowych z wątkiem kenijskiego centrum kwarantanny — przez użytkowników, którzy tego skrzyżowania sami nie zaplanują. Pojawi się mem lub screenshot zestawiający jedno z drugim, który zbierze zasięg nieproporcjonalny do swojej treści. Zbiorowość zachowa się jak pacjent, który dostaje dwie diagnozy w jednym tygodniu i nagle rozumie, że nie chodzi o dwa oddzielne schorzenia. Połączenie będzie fałszywe analitycznie i prawdziwe emocjonalnie — co jest, jak wiadomo, najskuteczniejszą formułą kaskady informacyjnej. Chiński nadzór na Pacyfiku pozostanie w tle: zbyt daleko, zbyt abstrakcyjnie. Ale dostarczy trzeciego punktu, który zamieni przypadkowe zestawienie w narrację o tym, że nikt już nie panuje nad tym, gdzie trzyma to, co jego.
