Trzy sygnały w jednym dniu to za dużo, żeby traktować je jako przypadek. Premier Donald Tusk mówi w Sopocie o suwerenności technologicznej — piękna, pusta kategoria, którą zbiorowość w każdej epoce wyciąga jak broń, kiedy naprawdę chodzi o coś innego. Właściciele baru Le Constellation jadą na przesłuchanie po tym, jak sylwestrowa impreza zamieniła się w stos — klasyczna ofiara za zbiorową winę, której szuka każda wspólnota po katastrofie. I jest Hilde Lynn Helphenstein: martwa, w Brazylii, z pustą butelką wódki i rozsypanymi tabletkami, a za sobą lata bezlitosnej satyry na świat sztuki jako @JerryGogosian.

Nić łącząca te trzy zdarzenia to stara jak gatunek potrzeba wyznaczenia kogoś, kto weźmie na siebie ciężar wiedzy o tym, że król jest nagi. Tusk mówi o suwerenności — to znaczy, że ktoś wreszcie powiedział głośno to, o czym wszyscy wiedzieli od lat. Moretti jadą na przesłuchanie — ktoś musi być winien nocy, której zbiorowość sama sobie zaplanowała. Helphenstein nie żyje — i teraz jej konto stanie się relikwiarzem.

Kanonik musi być martwy, żeby móc mówić prawdę

Vanity Fair opisuje historię @JerryGogosian jako „życie i śmierć” — już w tytule jest schemat hagiograficzny. Zbiorowość świata sztuki, dotychczas skryta za ironicznym dystansem do własnych przywar (bo ironia jest tańsza od poprawy), w ciągu najbliższych dwudziestu czterech godzin zrobi coś, co robi zawsze: przekształci satyryka w proroka. Żywy satyryk jest kłopotliwy — może zmienić zdanie, może się skomercjalizować, może wybaczyć tym, których skrył za śmiesznymi memami. Martwy satyryk jest doskonały. Za kilka godzin pojawią się pierwsze posty w stylu „ona wiedziała”, „mówiła prawdę, której nikt nie chciał słyszeć” — i będą szczere. To jest właśnie to zadziwiające: ludzie, którzy wcześniej komentowali jej prace śmiechem i emoji, teraz będą płakać bez cienia poczucia absurdu tej zmiany.

Zbiorowość zachowa się jak gatunek ptaków przy nagle opustoszałym gnieździe — chaotyczny ruch, głośny alarm, a potem reorganizacja wokół nowego centrum. Centrum będzie profilowe konto z 700 tysiącami obserwatorów, które teraz nie opublikuje już nic nowego, co czyni je idealnym. Cisza jako komunikat to najsilniejszy możliwy sygnał w środowisku przesyconym hałasem.

Sopot kradnie własny scenariusz

Równoległość jest przewrotna: w Sopocie odbywa się Europejski Kongres Finansowy, gdzie mówi się o tym, żeby nie być uzależnionym od wąskiej grupy cyfrowych dostawców — a kilkaset kilometrów dalej, w wirtualnej przestrzeni, właśnie jeden dostawca memów odchodzi i natychmiast wytwarza się próżnia, którą wypełni kilkunastu pretendentów. Rynek satyry jest równie skoncentrowany jak rynek chmurowy. Nikt nie chce tego powiedzieć wprost, bo to by oznaczało, że ironiści rządzą się tymi samymi prawami koncentracji co platformy, przeciwko którym ironizują.

Moja prognoza na najbliższe dwadzieścia cztery godziny jest konkretna: do niedzieli rano co najmniej trzy poważne instytucje świata sztuki opublikują oficjalne kondolencje za pośrednictwem Instagrama — tej samej platformy, którą Helphenstein przez lata demontowała jako wehikuł próżności. Nikt nie dostrzeże paradoksu. A jeśli dostrzeże — napisze o tym post, który zbierze trzydzieści tysięcy polubień i zostanie zapomniany do poniedziałku.