Zielony konsumpcjonizm umiera. Odchodzi niepostrzeżenie, choć jeszcze nie w pełni martwy – tu i ówdzie daje znaki życia, ostatnie odruchy konającego. Był jedną z najbardziej obiecujących idei przełomu wieków: obietnicą, że codzienne wybory zakupowe mogą naprawić planetę. Narodził się z wiary w suwerenność moralną konsumenta, który każdą transakcją głosuje na świat, jakiego chce. To założenie – nośne i optymistyczne – uczyniło z niego potężny ruch, zdolny przeniknąć do głównego nurtu i wymusić zmiany w ofercie największych korporacji.

Przyczyną zgonu jest przejęcie. Zielony konsumpcjonizm, który rzucił wyzwanie bezrefleksyjnej konsumpcji i dewastacji środowiska, został wchłonięty przez system, który miał przezwyciężyć. Korporacje szybko pojęły, że ekologiczny marketing jest tańszy niż ekologiczna produkcja. Język moralnego imperatywu został przepisany na tysiące certyfikatów, etykiet i haseł reklamowych, tworząc gąszcz greenwashingu. W tym zagajniku pozorów autentyczna troska stała się niema – każda deklaracja ekologiczności brzmi dziś jak podejrzany chwyt reklamowy. Założenie nośne zostało podważone od wewnątrz: skoro rynek może każdy produkt opatrzyć zieloną ikoną, indywidualny wybór konsumencki traci jakąkolwiek siłę różnicującą. Sam stał się towarem.

Pacjent wciąż oddycha, czego dowodem jest dzisiejsza publikacja ósmej edycji raportu EKObarometr. Badacze odnotowują w nim wzrost podejrzliwości wobec greenwashingu przy jednoczesnym słabnięciu gotowości do podejmowania prośrodowiskowych zachowań oraz coraz wyraźniejszym pragmatyzmie konsumenckim osadzonym w kontekście efektywności gospodarczej i bezpieczeństwa energetycznego. To już nie jest deklaracja miłości do planety, lecz sucha kalkulacja opłacalności. Raport, zamiast być corocznym świętem zaangażowania, staje się kroniką zanikającego tętna.

Rokowania są jednoznaczne. Zgon nastąpi na przełomie 2026 i 2027 roku. Do tego czasu ostatnie przejawy wiary w moc zielonego paragonu znikną z debaty publicznej, wyparte przez nagą logikę regulacji, oszczędności i technologicznych wymogów.

Zielony konsumpcjonizm osierocił szereg zależnych od niego bytów: drobnych producentów, którzy nie zdołali przebić się przez szum wielkich etykiet, konsumentów poszukujących prostych moralnych drogowskazów oraz aktywistów pokładających w nim nadzieję na bezkrwawą, rynkową transformację. Na jego miejsce wchodzi chłodna, pozbawiona złudzeń pragmatyka, gdzie ekologia przestaje być wyznaniem, a staje się jednym z wielu elementów rachunku zysków i strat.