Sąd uznał właśnie, że dyscyplinarne zwolnienie Jolanty Żołnierczyk, działaczki związkowej z żywieckiego Kauflandu, było bezprawne. Kobieta straciła pracę niedługo po tym, jak zgłosiła Państwowej Inspekcji Pracy nieprawidłowości w wynagrodzeniach części personelu. Wyrok zapadł, a wiadomość o skutecznej obronie pracownicy przed korporacyjnym działem prawnym rozeszła się po dyskontowych zapleczach szybciej niż harmonogram urlopowy.
Warszawskie centrale związkowe zwołają wkrótce konferencje prasowe i będą straszyć branżę ogólnopolskim strajkiem, ale na parkingach pod marketami nikt nie zamierza palić opon. Prawdziwa mobilizacja wymaga chłodnej kalkulacji. Skoro zgłoszenie do PIP-u gwarantuje sądową ochronę przed dyscyplinarką, pracownicy handlu dostali do ręki gotowy algorytm nietykalności. W markecie zatrudniającym dwanaście kasjerek wystarczy, że jedenaście z nich wyśle list polecony do urzędu. Pracowniczy bunt został ostatecznie zbiurokratyzowany.
W piątek, 24 lipca, tuż przed porannym otwarciem sklepów, załogi na południu Polski uruchomią ten mechanizm na masową skalę. Zamiast odchodzić od kas i ryzykować utratę dniówki, wyślą tysiące jednobrzmiących wniosków do inspekcji pracy. To rzadki moment, w którym system realnie zadziała na korzyść słabszych. Pracownicy zyskają pancerz ochronny, a zarządy sieci handlowych będą musiały po cichu usiąść do stołu pozbawione argumentu siły.
