Zapowiadałem tu, że „rzeszowski truciciel psów” okaże się chemikiem z Zakładów Tworzyw Sztucznych, wyjętym wprost z prywatyzacyjnych resztek 1995 roku, z obowiązkowym wątkiem magazynów chemicznych i prokuratury wojewódzkiej. Otóż nie: media dostarczyły na razie pogodę, a nie sprawcę, i to jest różnica istotna nawet dla człowieka, który pamięta obsadę rad nadzorczych lepiej niż rozkład chmur.

Przyznaję więc, że tym razem połączyłem kropki, których rzeczywistość nie raczyła postawić. Przepraszam czytelników. Świat, niestety, coraz częściej odmawia współpracy z porządną hipotezą personalno-towarzyską.