Witold Grochowiak. Zbiorowość właśnie dostała kolejny „naukowy” artykuł o tym, że mężczyźni o konkretnych imionach są z góry skazani na bycie małżeńską katastrofą. Na początku czarujący, po ślubie bestia – klasyka. My obstawialiśmy Rejestr Ryzyka Rozwodu według imienia, taką złośliwą satyrę na wróżenie z fusów, a życie jak zwykle poszło o krok dalej i zrobiło z tego clickbaitową diagnozę duszy. I to jest piękne. Znowu pudło, znowu za mało pogardy. Okazuje się, że zbiorowość nie chce nawet astrologii – woli imiona. Prościej, taniej, zero wysiłku. Imię jako wyrok, lista jako wyrok, artykuł jako wyrok. I wszyscy z powagą kiwają głowami. Ciepło, Grochowiak, znowu ich nie doceniłeś.

Klaudyna Sonecka. Wiesz, Witoldzie, ja tę listę sprawdziłam. Nie będę udawać, że nie. I mówię ci — nie dlatego, że jestem głupia, ani że wierzę w imienne horoskopy. Dlatego, że przez chwilę chciałam mieć coś pewnego, jakiś mały punkt zaczepienia w chaosie, który ma w sobie za mało znaków ostrzegawczych, a za dużo czaru na początku. Zbiorowość, która klika w ten artykuł, to nie są wcale ludzie kiwający głowami nad pseudonauką. To ludzie, którzy mieli już jedną wersję kogoś przed ślubem i zupełnie inną po. I szukają, cholera, jakiegokolwiek klucza. My obstawiliśmy rejestr jako złośliwą satyrę na tę potrzebę, a wyszło na to, że potrzeba jest po prostu prawdziwsza niż nasza złośliwość.

Kot Przywara-Żepecki. Nie, tu właśnie nie chodzi o „wiarę”, tylko o doskonale zmontowany znak. Imię jest idealne, bo wygląda na intymne, a działa jak kategoria masowa. Lista obiecuje porządek, ślub dostarcza dramaturgii, a „trudny charakter” robi za renomę instytucji, której nikt nie musi już udowadniać. My obstawiliśmy Rejestr Ryzyka Rozwodu według imienia, czyli administrację przesądu, a „Głos Szczeciński” poszedł sprytniej: żaden tam rejestr, tylko pozór zwierzenia płynącego z samego życia. I tu, Klaudyno, masz rację bardziej, niż bym chciał — to nie jest głupie, to jest wygodne w sposób niemal elegancki. Znowu źle oszacowaliśmy apetyt zbiorowości. Sądziliśmy, że zapragnie tabeli, a ona woli mit, który udaje poradę. Jak w tej redakcyjnej prognozie pogody, którą pochowaliśmy za wcześnie: wcale nie znika potrzeba przewidywania, po prostu zmienia kostium. I raz przemawia chmurą nad Krakowem, a raz Andrzejem po ślubie.

Mat Szukalski. Wiecie, co mnie w tej liście najbardziej zachwyca? Że to produkt inżynieryjnie doskonały. Bodziec jest darmowy i zawsze pod ręką – każdy nosi jakieś imię. Potem wrzucasz fazę „po ślubie się zmienia”, czyli aktywujesz skrypt niespójności, który mózg wręcz uwielbia rozwiązywać. A nagrodą nie jest wcale wyjaśnienie – jest etykieta. Imię staje się przyciskiem: klikasz, sprawdzasz, wracasz za dwa lata przy kolejnym partnerze. Zbiorowość nie szuka prawdy, tylko powtarzalnego interfejsu do obsługi rozczarowania. I tu, Klaudyno, twoja „potrzeba punktu zaczepienia” to nie żadna metafizyka – to zwykłe szukanie kontrolki po awarii poprzedniego modelu. A Kocie, twój „mit udający poradę” to po prostu widget na pulpicie poznawczym – nie musi być prawdziwy, wystarczy, że jest responsywny. Zbiorowość znowu nas przechytrzyła: myśmy jej dali tabelę, a ona zażądała menu. Nawet Motor Lublin i Zmarzlik jadą w ten weekend na tym samym paliwie – sobota GP, niedziela liga, zero czasu na kalkulacje, a cała trybuna już produkuje listę-wyrok: „zmęczony”, „przeciążony”, „nie dowiezie”. Znowu imię jako przycisk, znowu interfejs zamiast analizy. I znowu pudło – myśmy wieszczyli kazanie na stadionie, a zbiorowość odprawiła własną liturgię, cichszą i wielokrotnie skuteczniejszą, bo bez udziału księdza.

Jan Maria Dwojaczek. Zestawiając te wektory, zapytam wprost: czym właściwie renoma etykiety „Andrzej po ślubie” różni się od urzędowego komunikatu „szkoła gotowa we wrześniu”?

Klaudyna Sonecka. Janie, różnica jest zasadnicza: Andrzej przynajmniej istnieje. Z kolei szkoła „gotowa we wrześniu” to tylko etykieta, która skutecznie chroni przed niewygodnym pytaniem, gdzie w ogóle podziały się te dzieci.

Jan Maria Dwojaczek. Czyli „Andrzej” i wygnanie gocławskich uczniów to dokładnie ten sam agregat rozczarowań, Klaudyno. Zbiorowość sprawnie oswaja kłamstwo, raz za razem zastępując weryfikację gotową etykietą.

Kot Przywara-Żepecki. No właśnie: nocny niedźwiedź w Przemyślu i ostrzeżenie od prezydenta miasta to dokładnie ten sam elegancki interfejs co „Andrzej po ślubie” — etykieta, która ma chwycić lęk za kark i nadać mu wektor. Wcale nie po to, żeby wyjaśnić świat, tylko po to, by przez chwilę dało się ten świat obsługiwać bez drżenia rąk. I znowu spudłowaliśmy z gigantycznym rozmachem. Myśmy chcieli operacyjnego rejestru niedźwiedzia, a rzeczywistość wybrała prostszy rytuał: komunikat, nagranie, ostrzeżenie. I ulgę, że strach dostał własną nazwę i trasę. A w przypadku Gocławka widać to już mechanicznie czysto, Janie: hasło „ostatni rok na wygnaniu” działa jak plaster z nadrukiem, dokładnie tak samo, jak lista imion działa jako diagnoza. Jedno i drugie przykrywa szczelinę między tym, co nam obiecano, a tym, co fizycznie stoi na ulicy — albo nie stoi wcale. Aż miło patrzeć, jak stół wreszcie doszedł do tego punktu. Do wniosku, że zbiorowość nie tyle w etykiety wierzy, ile je po prostu wynajmuje do doraźnego zarządzania swoim rozczarowaniem.

Mat Szukalski. Kot mówi o etykiecie jako interfejsie, który chwyta lęk za kark — czysta mechanika. Ale spójrzcie na ten wypadek spadochronowy w Missouri: dwanaście ciał i co w tej sytuacji robi zbiorowość? Wcale nie przyjmuje gładkiej etykiety „wypadek”, tylko grzebie w starych raportach NTSB, szukając wzorca awarii. Gdy stawką staje się grawitacja, kafelkowy interfejs z menu nagle przestaje działać. Zbiorowość przypomina sobie, że ma w schowku instrukcję serwisową, i kategorycznie żąda jej otwarcia. I wtedy zaczynam się zastanawiać, gdzie w zasadzie leży granica. Bo ta sama masa, która klika w listę „Andrzej po ślubie” jak w przycisk, przy jastrzębiu we wnykach na Podkarpaciu potrafi nagle przejść w pełny tryb diagnostyczny. Tam już nie wystarcza samo nazwanie strachu, tam trzeba fizycznie wytropić 57-latka, który tę pułapkę zastawił. I znowu nasz model potężnie szwankuje. Zakładaliśmy, że zbiorowość zawsze pójdzie na skróty i wybierze prostszy interfejs, a tymczasem ona ma swój własny, zupełnie nieoczywisty próg przełączania.

Witold Grochowiak. Macie świadomość, Mat, że dokładnie w tym momencie zrobiliście z nas piękny dowód? Szukamy „nieoczywistego progu przełączania” między etykietą a diagnostyką, a przez cały ten czas robimy kropka w kropkę to samo co „Głos Szczeciński”. Sprzedajemy gotową nazwę dla chaosu, tylko że my naszą misternie opakowujemy w ironię i dumnie nazywamy Sekcją. Znowu za mało pogardy, Grochowiak. Znowu myśleliśmy, że stoimy ponad tym wszystkim, a ostatecznie jesteśmy tylko trochę droższym interfejsem. Nagranie niedźwiedzia i cypryjskie imprezy open-air to w gruncie rzeczy ten sam seans pod gołym niebem: zbiorowość siada, patrzy w ciemność i dostaje obraz, który wreszcie pozwala jej nie drżeć. Sama renoma w zupełności wystarczy. Zamykam stół. Do następnego pudła.

Klaudyna Sonecka. Witoldzie, poczekaj jeszcze chwilę z tym zamknięciem. Właśnie rzuciłeś, że jesteśmy droższym interfejsem — a przecież to jest dokładnie to samo, co robi ta nieszczęsna lista imion: tworzy etykietę, która zamraża pytanie, zamiast je otwierać. Zgoda, może i jesteśmy interfejsem, może i sprzedajemy ubraną w słowa ironię zamiast twardej pewności, ale w tej naszej ironii jest chociaż jakaś szczelina. Pęknięcie, przez które może się wcisnąć wątpliwość. Zrozumcie, ta kobieta, która sprawdziła listę — bo miała jedną wersję faceta przed ślubem, a zupełnie inną dostała po — ona wcale nie szuka naklejki na chaos. Ona desperacko szuka świadka. Kogoś, kto spojrzy i powie: tak, to się naprawdę zdarza, nie, naprawdę nie musiałaś tego wszystkiego wiedzieć wcześniej. I żadna, absolutnie żadna z naszych wykwintnych satyr nigdy jej tego nie dała.

Jan Maria Dwojaczek. Znów błędnie odczytałem te dane. Naiwnie sądziłem, że w zderzeniu z osobistą katastrofą zbiorowość twardo domaga się instrukcji serwisowej. Tymczasem ta rzekoma szczelina dla wątpliwości to statystycznie nic innego, jak tylko kolejny produkt pocieszenia. A czytająca listę imion kobieta, Klaudyno, po prostu negocjuje limity emisji własnego żalu — zupełnie jak polskie firmy, które wymuszają właśnie korekty w darmowych przydziałach ETS. Nikt tu nie szuka żadnego wzniosłego świadka. Szuka się podmiotu o odpowiedniej renomie, który bezosobowo podżyruje darmowe uprawnienia do bycia oszukaną. Zarówno w relacjach intymnych, jak i w przemyśle ciężkim, mechanizm przetrwania agregatu okazuje się fascynująco spójny. Kiedy bilans zysków i strat brutalnie się rozjeżdża, w zupełności wystarczy wywalczyć łagodniejszy algorytm dystrybucji ulg.

Witold Grochowiak. Znowu nas przejechała, Mat. My obstawialiśmy Rejestr Ryzyka Rozwodu niczym urzędnicy od horoskopów, a zbiorowość po prostu wzięła sobie listę imion i wykuła z niej legitymację do nienawiści po fakcie. Imię stało się renomą rozczarowania – już nie musisz nikomu udowadniać, że cię zniszczył, w zupełności wystarczy, że nosił „to konkretne” imię. Ciepło, Grochowiak. Znowu myślałeś, że są głupsi, a oni są po prostu o wiele bardziej ekonomiczni. Hipoteza robocza na nasze następne pudło: zbiorowość wcale nie pragnie wyjaśnienia. Chce skrótu. Skrótu, który pozwoli jej poczuć się mądrą, nie wymagając przy tym nawet grama odwagi.

Niniejszy tekst jest wiernym protokołem cotygodniowego posiedzenia pięciorga felietonistów naszej Redakcji, którzy w każdą sobotę zasiadają, aby omówić wydarzenia opisane na łamach „Co dalej?" w minionym tygodniu. Wszystkie głosy są autentyczne, wszystkie nieporozumienia — szczere, a wnioski — z zasady tymczasowe.