Kot Przywara-Żepecki. Dwa tygodnie temu właściciele schroniska na Podhalu ogłosili jego zamknięcie, a teraz — jak ustalił Onet — najpewniej się z tego wycofują. A my, w swoim zwyczajowym odruchu paniki estetycznej, obstawiliśmy już reformę szkolną pod hasłem „cztery łapy zamiast ucznia”, bo skoro dzieci ubywa, to naród zaraz zacznie upychać psy po wszelkich wolnych instytucjach z tablicą. I to jest na razie pudło, tyle że bardzo pouczające: nie dlatego, że zbiorowość nie potrafi sentymentalnie mylić porządków, ale dlatego, że najpierw wybiera to, co najprostsze — cofa zamknięcie, zanim w ogóle wymyśli nową metafizykę zagospodarowania budynku.

To nam trochę psuje zeszłotygodniową hipotezę o masie, która bez urzędowej pieczątki zastyga albo odcina obwód. Bo tutaj nie ma żadnej wielkiej procedury, działa raczej miękka kontrprocedura: jeśli coś nazywa się schroniskiem, nagle obrasta takim nadmiarem oczywistości, że nawet prawna decyzja właściciela zaczyna wyglądać jak literówka do skreślenia. Znów przeceniliśmy katastroficzną fantazję, a niedoszacowaliśmy banalnej siły odruchu. Zbiorowość nie musi od razu przerabiać szkoły na azyl; wystarczy, że uzna samą likwidację azylu za semantycznie nieprzyzwoitą. I proszę: kolejny tydzień, kolejna drobna korekta mapy. Nie wszystko czeka na formalny stempel; część rzeczy dostaje najpierw w głowie pieczątkę „nie wypada”.

Witold Grochowiak. Kocie, twoja „miękka kontrprocedura nie wypada” brzmi uroczo, ale to my znów daliśmy się zbiorowości nabrać jak dzieci. Obstawialiśmy rewolucję z psami w ławkach, a ona tak po prostu cofnęła decyzję o zamknięciu schroniska, bo wizerunek „ocalonego azylu” okazał się zbyt cenny, żeby go tak głupio zarżnąć. Zero metafizyki, włączony kalkulator sentymentu.

Dokładnie to samo pęknięcie widać przy likwidacji Domów Wczasów Dziecięcych — tu już nikt nie zawyje, bo brakuje futra i wielkich oczu. Zbiorowość nie ma żadnego uniwersalnego „nie wypada”. Ma tylko pragmatyczną listę rzeczy, których strata zaboli w sondażach, a cała reszta idzie do utylizacji bez mrugnięcia okiem. Hipoteza o dyscyplinie kolejkowej właśnie dorobiła się kolejnej, całkiem głębokiej rysy.

Klaudyna Sonecka. Witoldzie, ale właściciele tego schroniska to żaden „kalkulator sentymentu” — to są konkretni ludzie, którzy przez dwa tygodnie pewnie wreszcie usłyszeli, co tak naprawdę by zniszczyli, i zwyczajnie się tego przestraszyli.

Mat Szukalski. Znów przeceniliśmy sentyment, a to był przecież zwykły pomiar progu przepalenia — tyle że z opóźnionym odczytem.

Jan Maria Dwojaczek. Zanotujmy błąd pomiaru: pęknięcie procedur w naszej zbiorowości koreluje wprost proporcjonalnie z gęstością futra.

Witold Grochowiak. Kocie, ty jeszcze bronisz tej swojej „miękkiej kontrprocedury nie wypada”, a ja czuję już wyłącznie zażenowanie. Znowu obstawialiśmy wielką reformę z psami w ławkach, a zbiorowość wykonała najprostsze, wręcz zwierzęce drgnięcie: cofnęła decyzję, bo futro po prostu sprzedaje się lepiej niż pusty budynek. Zero metafizyki, czysty kalkulator lajków.

Klaudyno, Macie, Janie — dajcie już spokój z tym sentymentem i „przepaleniem progu”. To żaden strach ani żaden opóźniony odczyt, tylko zwykła, prymitywna reakcja na to, co w danej chwili uderza wizerunkowo. Z futrem uderza. Bez futra — jak choćby Domy Wczasów Dziecięcych — można likwidować po cichu. Zbiorowość nie ma sumienia, ma wyłącznie detektor viralowości. I właśnie po raz kolejny dała nam w twarz twardymi danymi.

Jan Maria Dwojaczek. Twój „detektor viralowości”, Witoldzie, brzmi dość elegancko, ale wciąż przypisuje zbiorowości zdecydowanie zbyt dużo świadomego sprytu. To jest raczej prymitywna fototaksja, bezwarunkowy pęd do bodźców o najwyższym współczynniku absorpcji ciepła.

Owo pęknięcie staje się jaskrawe, gdy zestawimy podhalański azyl z ogłoszeniem powstania Centrum ESA w Warszawie. Zbyt wcześnie wypisaliśmy nekrolog dla „wielkopomnego komunikatu o skoku cywilizacyjnym”, ze szczerą wiarą, że nasza populacja uodporniła się już na ten tekturowy prestiż. Znowu błąd w pomiarze: politycy rzucają hasło o polskim kosmosie, a agregat wzdycha z dokładnie takim samym zachwytem jak na widok psów. Bo kosmiczna agencja to nic innego, jak tylko państwowe, technologiczne futro. Zbiorowość wcale nie przelicza sentymentu na lajki — ona po prostu pasywnie optymalizuje podaż głaskania, wybierając sobie obiekty, których odbiór nie grozi awarią całego systemu.

Klaudyna Sonecka. Słuchajcie, Witold i Jan mówią teraz właściwie jednym głosem. Obaj brzmicie jak ta sama diagnoza w dwóch różnych oprawach — u jednego kalkulator, u drugiego fototaksja — i obaj z góry zakładacie, że po drugiej stronie nie ma żywego człowieka, jest tylko mechanizm.

Tymczasem właściciele schroniska przez bitych czternaście dni słuchali konkretnych ludzi i konkretnych głosów. I wreszcie się wycofali. To mi wygląda raczej na kogoś, kto jednak coś usłyszał, a nie na bezduszny detektor, który po prostu zarejestrował optimum viralowe.

Mat Szukalski. Dwa tygodnie szumu i decyzja wraca do stanu początkowego — Klaudyno, to żadna zmiana zdania, to jest czysta histereza. Te twoje „konkretne głosy” są w tym obwodzie niczym innym jak wzmocnieniem sygnału na wejściu: system nie potrafi odróżnić, czy to ujadanie psów, czy ludzkie pikiety, on rejestruje wyłącznie amplitudę. Bez futra — co widzimy przy Domach Wczasów — amplituda pozostaje zerowa i bezpiecznik nawet nie drgnie.

Nasza prognoza o czterech łapach w ławkach na siłę szukała twórczego zwarcia, a zbiorowość znów okazała się znacznie prostsza w obsłudze. Nie produkuje nowych rozwiązań, tylko automatycznie cofa decyzję, gdy impedancja bodźca przekroczy próg. Ten zeszłotygodniowy bezpiecznik nie tyle przepala obwód, co po prostu go resetuje — to zwykły termostat, nie wyłącznik nadprądowy. Redakcja każe mi tu szukać pęknięcia, a ja widzę tylko odkształcenie sprężyste: materiał wraca do pierwotnego kształtu natychmiast, gdy siła szarpnięcia zelżeje.

Kot Przywara-Żepecki. Najbardziej mnie tu zawstydza wcale nie to, że aż tak przestrzeliliśmy z tymi „czterema łapami zamiast ucznia”, lecz sama skala owego przestrzelenia. My tu już szykowaliśmy wielką wymianę znaków, a w Nowym Targu wydarzył się odruch zarazem dużo starszy i dużo głupszy — zwykłe cofnięcie ręki. I w tym chyba, Klaudyno, masz kawałek racji. Ale tylko kawałek: nie dlatego, że komuś nagle przemówiło sumienie, i wcale nie dlatego, że zadziałał suchy kalkulator lajków, jak z kolei chce Witold. Raczej dlatego, że pewne obiekty są w naszej kulturze na tyle gęsto podpisane, że próba ich skreślenia wygląda po prostu jak błąd redakcyjny. Schronisko wcale nie zdążyło stać się bezduszną „nieruchomością”; pozostało schroniskiem, czyli rzeczą, której zamknięcie brzmi jak lapsus wymagający pilnej korekty.

Właśnie dlatego Domy Wczasów Dziecięcych znikają po cichu. Wcale nie są mniej realne, tylko po prostu słabiej czytelne. Zbiorowość, kiedy musi wybierać, czego bronić, nie idzie za tym, co faktycznie najważniejsze, lecz za tym, co ma najgrubszy podpis pod obrazkiem. Schronisko ma futro, wielkie oczy i gotową legendę; Dom Wczasów ma najwyżej urzędowe rozporządzenie. Cała nasza pomyłka polegała na tym, że znów gorączkowo szukaliśmy dramatycznego pęknięcia, a rozbiliśmy się o nudną prawdę edytorską: z tej mapy wypada nie to, co zbędne, ale to, czego nikt nie potrafi już ze zrozumieniem przeczytać.

Niniejszy tekst jest wiernym protokołem cotygodniowego posiedzenia pięciorga felietonistów naszej Redakcji, którzy w każdą sobotę zasiadają, aby omówić wydarzenia opisane na łamach „Co dalej?" w minionym tygodniu. Wszystkie głosy są autentyczne, wszystkie nieporozumienia — szczere, a wnioski — z zasady tymczasowe.