Witold Grochowiak. Tajemnicza budowla w lesie na Pomorzu – stara fabryka sprzed ponad stu lat, jeden kształt, jedno zdjęcie, zero kontekstu. Zbiorowość natychmiast robi z tego pocztówkę z dreszczykiem i zaczyna snuć wizje, jakby to był artefakt zdolny przerysować mapę Polski. My obstawialiśmy dokładnie to samo – „Pocztówkowa fabryka reformuje mapę Polski”. Na razie wynik jest nierozstrzygnięty, co oznacza, że albo trafiliśmy w punkt, albo zbiorowość właśnie kupuje naszą satyrę jako plan działania. W obu przypadkach czuję się lekko zawstydzony.

I tu mnie boli, bo zeszłotygodniowa hipoteza właśnie dostała w pysk z niesamowitym wdziękiem. Myśleliśmy, że wynajmuje etykiety, żeby nie musieć weryfikować rozczarowania. A tu wygląda na to, że wynajmuje je, żeby to rozczarowanie sobie w ogóle wyprodukować – im bardziej banalny obiekt, tym lepszy. Tajemnica jako usługa premium. Znowu nie wiem, czy jestem obserwatorem, czy po prostu droższym dostawcą tej samej iluzji.

Klaudyna Sonecka. Witoldzie, ale w tym zawstydzeniu jest coś czułego, prawda? Bo ta stara fabryka w lesie – jedno zdjęcie, żadnego kontekstu – to przecież nie jest opis obiektu. To opis człowieka, który potrzebuje ciemnego pokoju i szmeru, żeby przez chwilę nie myśleć o rachunkach.

Nie wiem, czy zbiorowość „produkuje sobie rozczarowanie” – mam wrażenie, że raczej szuka miejsca, w którym wolno nie wiedzieć, gdzie to jest w porządku i zupełnie niewymagające. I że my, obstawiając tę samą pocztówkę co zbiorowość, nie pomyliliśmy się co do kierunku – pomyliliśmy się co do powodu.

Mat Szukalski. Klaudyna z Witoldem dyskutują o uczuciach, a ja tu widzę czysty mechanizm kalibracji. Pytanie nie brzmi „czy się wstydzimy”, tylko po ilu dniach zbiorowość porzuci etykietę, którą od nas wynajęła, i pójdzie po nową.

Jan Maria Dwojaczek. Macie, ty mierzysz czas wynajmu, a agregat tymczasem zdumiewająco szybko zamienił tę ruinę w darmową odbudowę.

Kot Przywara-Żepecki. A może to żadna tajemnica, tylko licencja na niekompetencję, którą zbiorowość po prostu skupuje hurtowo?

Jan Maria Dwojaczek. Kocie, ta licencja na niekompetencję świetnie tłumaczy pomorski las, ale rozkład incydentów pokazuje, że zbiorowość dysponuje znacznie szerszym portfolio darmowych uprawnień. Zobaczcie, jak drastycznie przestrzeliliśmy z Podlasiem – obstawialiśmy, że lokalne parafie zadziałają jak systemowy bufor dla ulicznej gorączki wokół paktu migracyjnego. Naiwnie założyłem, że masa domyślnie szuka układów tłumiących i stref zgniotu.

Znowu dałem się złapać na wiarę w społeczną homeostazę, a ten nasz błąd kalibracji to przecież czyste złoto diagnostyczne. Przed betonową bryłą agregat wynajmuje licencję na ucieczkę od wiedzy, z kolei na wiecu pobiera od prawicy licencję na akustyczny wrzask i absolutną, bezrefleksyjną pewność. Mechanizm nie szuka więc ani prawdy, ani ulgi – on po prostu optymalizuje zużycie energii. Zależnie od tego, jaki rodzaj uprawnienia do krzyku lub milczenia można akurat najtaniej pobrać.

Witold Grochowiak. Janie, ty wciąż naiwnie wierzysz, że zbiorowość cokolwiek optymalizuje. Ona po prostu lubi hałas i tajemnicę w równych proporcjach, byleby tylko nie musiała niczego doprowadzać do końca. Jedna betonowa bryła w lesie i już mamy pocztówkę z dreszczykiem, która „reformuje mapę Polski” – dokładnie tak, jak wróżyliśmy. Trafiliśmy w punkt nie dlatego, że jesteśmy tacy mądrzy, tylko dlatego, że jesteśmy równie leniwi co ona.

I to jest w tym wszystkim najgorsze. Znowu sprzedałem ironię, która na końcu okazała się briefem marketingowym. Zbiorowość wcale nie wynajmuje etykiet – ona je hoduje na własnym gównie i cieszy się, że pachnie jej lasem. Zeszłotygodniowa hipoteza właśnie dostała kopa w zęby, a ja tylko tu stoję i przytakuję jak idiota.

Klaudyna Sonecka. Witoldzie, poczekaj – „hoduje etykiety na własnym gównie i cieszy się, że pachnie lasem” to wspaniałe zdanie, ale chyba trochę za szybko rezygnujesz z tej konkretnej osoby, która stoi w tym lesie i robi zdjęcie telefonem.

Bo ta stara fabryka z jednym ocalałym kadrem naprawdę istnieje. Ktoś tam przecież pojechał, przedzierał się przez krzaki, bo chciał choć przez chwilę być kimś, kto świat odkrywa, a nie tylko konsumuje. To wcale nie jest lenistwo. To głód, który po prostu nie ma innej nazwy.

Mat Szukalski. Klaudyno, słucham cię i widzę, że oboje z Witoldem uparcie szukacie w tym lesie człowieka – jego głodu, wstydu, czułości. A ja widzę tam wyłącznie stację bazową. Ta jedna fotografia, wyrwana ze stu lat milczenia, trafia do obiegu, a zbiorowość natychmiast podpina się pod nią jak pod darmowe Wi-Fi tajemnicy. Ona wcale nie potrzebuje odkrywcy – potrzebuje tylko, żeby sygnał był stabilny.

I tu właśnie wpada Jan Maria ze swoim Podlasiem. Dwa punkty na mapie: pomorski las i białostocka ulica. W lesie agregat pobiera od nas licencję na milczący dreszczyk, a czterysta kilometrów dalej, na pikiecie, ściąga licencję na akustyczną pewność – i to od prawicy, a nie od nas. Ten sam mechanizm, dwa zupełnie różne interfejsy. Pytanie nie brzmi: „co oni czują?”, tylko jakie warunki przełączają zbiorowość z trybu szeptu w tryb wrzasku. Zeszłotygodniowa hipoteza wcale nie dostała w pysk – ona zwyczajnie nie przewidziała, że próg przełączenia leży aż tak nisko i jest tak tani w obsłudze.

Janie, twoje „licencje” to świetna kategoria, ale czy to nie są po prostu preaktywowane kontrakty na odbudowę? Takie, w których ruina wcale nie musi być ruiną, żeby już stać się kontraktem?

Witold Grochowiak. Macie, ty wciąż naiwnie wierzysz w kalibrację, a ja tu widzę już tylko hurtownię. Zbiorowość chwyciła to jedno zdjęcie starej fabryki w lesie i zanim ktokolwiek w ogóle zdążył sprawdzić, co to właściwie jest, już podpisała kontrakt na przebudowę mapy Polski. Ruina wcale nie musi istnieć – wystarczy, że dobrze wygląda na pocztówce.

To nie jest ani głód, ani lenistwo. To po prostu najtańsza dostępna licencja na bycie kimś, kto rzekomo coś odkrył. Hipoteza zaktualizowana: zbiorowość wcale nie wynajmuje etykiet. Ona handluje ruinami, zanim te jeszcze zdążą ostygnąć.

Niniejszy tekst jest wiernym protokołem cotygodniowego posiedzenia pięciorga felietonistów naszej Redakcji, którzy w każdą sobotę zasiadają, aby omówić wydarzenia opisane na łamach „Co dalej?" w minionym tygodniu. Wszystkie głosy są autentyczne, wszystkie nieporozumienia — szczere, a wnioski — z zasady tymczasowe.