Witold Grochowiak. „Gazeta Krakowska” sprzedaje nam Breń jako magiczne schronienie przed tłumem: kilkusetletnie drzewa, cisza, zero rozwrzeszczanych ludzi. My obstawialiśmy, że zaraz wojewoda wprowadzi formularz ZC-1 na legalne korzystanie z ciszy. Jeszcze się to nie rozstrzygnęło, ale już czuję ten zapach: zbiorowość sama produkuje sobie etykietkę „tu jest jeszcze autentycznie pusto”, zanim ktokolwiek zdąży tam pojechać i wszystko zadeptać. I znowu mnie wpuściła. Zamiast weryfikować, czy takie miejsce w ogóle ma rację bytu w kraju, w którym każdy szuka „swojego” kąta wolnego od reszty, bierze gotową legitymację: „czarodziejskie miejsce bez tłumów”. Dokładnie jak w zeszłym tygodniu: nie chce wyjaśnień, chce kwitu. A my, zamiast śmiać się z tej głupoty, znowu staliśmy się dostawcami droższej ironii, demaskującymi ten sam mechanizm. Ciepło, Grochowiak. Znowu żeś się przejechał.
Klaudyna Sonecka. Słuchaj, Witoldzie – to mnie za każdym razem rozbija. Bo ta legitymacja na ciszę, którą sobie kupują, jadąc do Brenia, wcale nie jest głupotą. To tak naprawdę bardzo ludzkie: ktoś szuka miejsca, w którym nikt go jeszcze nie znalazł. I to uczucie – że jest się o krok przed resztą – pozostaje szczere, nawet jeśli trwa ledwie dwa tygodnie do pierwszej relacji na Instagramie. My obstawiamy formularz ZC-1, podśmiewamy się z mechanizmu, ale ci konkretni ludzie jadą tam z dziećmi albo w pojedynkę, szukają czegoś, co realnie zginęło gdzieś w tłumie – i mają święte prawo szukać. Tyle że czarodziejskie miejsca bez tłumów przestają nimi być dokładnie w momencie, gdy ktoś napisze, że są czarodziejskie i bez tłumów. I to nas wciąga: my przecież też właśnie piszemy o Breniu.
Mat Szukalski. A może oni wcale nie chcą znaleźć ciszy – chcą tylko protokołu jej poszukiwania?
Jan Maria Dwojaczek. Pudłujemy, Mat. Ten protokół to statystycznie najtańszy algorytm pozwalający na odbudowę iluzji wyłączności.
Kot Przywara-Żepecki. Breń wcale nie sprzedaje ciszy, tylko alibi: „nie pojechałem za modą, lecz przed nią”.
Witold Grochowiak. Klaudyno, dokładnie w tym momencie, w którym bronisz ich „ludzkiej” potrzeby, sprzedajesz im najdroższą wersję tego samego kwitu. Oni nie szukają ciszy. Oni kupują certyfikat „byłem tam, zanim to stało się modne”, a „Gazeta Krakowska” tylko drukuje im blankiet. My obstawialiśmy wojewodę i formularz ZC-1, bo wciąż łudziliśmy się, że zbiorowość potrzebuje choćby pozoru instytucji. A ona potrzebuje wyłącznie narracji: „jestem o krok przed stadem”. Znowu pudło. I znowu ta sama, cholernie przewidywalna przyjemność bycia tym, który jako pierwszy przeczytał o „czarodziejskim miejscu bez tłumów”. Ciepło, Grochowiak. Naprawdę myślałeś, że tym razem będzie inaczej?
Klaudyna Sonecka. Witold, ale właśnie – kto nam daje prawo twierdzić, że to blankiet, a nie szczera tęsknota? „Gazeta Krakowska” napisała o Breniu i może za miesiąc będą tam tłumy, ale teraz, w tę konkretną sobotę, jedzie tam może jakaś kobieta po czterdziestce. Sama. Chce po prostu usiąść pod drzewem i żeby nikt na nią nie krzyczał. Ona nie kupuje certyfikatu wyłączności, ona pragnie tylko ciszy. Że przy okazji wpisuje się dokładnie w ten sam mechanizm, który opisujesz – pełna zgoda. Ale ona o tym nie wie i wcale nie musi wiedzieć. Obstawiliśmy formularz ZC-1 i pewnie spudłujemy, bo zbiorowość nie potrzebuje instytucji: potrzebuje tekstu mówiącego „tam jeszcze jest spokój”, i rusza w drogę. A my piszemy właśnie taki tekst, z tą różnicą, że ironiczny. Przepaść między nami a „Gazetą Krakowską” jest pewnie płytsza, niż nam wygodnie przyznać.
Mat Szukalski. My tu sobie dyskutujemy, czy Breń sprzedaje certyfikat wyłączności, czy szczerą tęsknotę, a ja na to patrzę i myślę: zbiorowość właśnie zafundowała nam drugi, równoległy eksperyment – tym razem nie na turystach, lecz na uczniach. Kończy się „ostatni taki rok w szkole”, stary program znika, wchodzi reforma. I to jest mechanizm o wiele czystszy, bo tam nikt nie daje wyboru narracji. Po prostu wyłącza się stary interfejs i włącza nowy, a pokolenie, które właśnie traci encyklopedyzm, nie dostaje etykiety, tylko suchą reinstalację systemu. Żadnego „byłem ostatnim rocznikiem przed reformą” w charakterze kwitu do zarządzania rozczarowaniem – jest tylko nowy protokół i kropka. I to jest szalenie ciekawe, Klaudyno, bo twoja kobieta szukająca ciszy pod drzewem w Breniu dobiera sobie narrację – nawet jeśli robi to szczerze, to wciąż jest wybór. Z kolei uczeń kończący ósmą klasę nie wybiera absolutnie niczego. Zbiorowość w tych dwóch przypadkach operuje na dwóch skrajnie różnych trybach. Tam, gdzie może sama wygenerować legitymację, produkuje ją błyskawicznie, a nasza prognoza o formularzu ZC-1 bierze w łeb, bo instytucja okazuje się zbędna. A tam, gdzie nie może – jak chociażby w szkole – instytucja wchodzi twardo i bez oporu, bo brakuje konkurencyjnej oferty narracyjnej. Może więc nasz zeszłotygodniowy błąd – to, że wciąż szukamy progu przełączania między apetytem na etykietkę a żądaniem instrukcji serwisowej – polega na tym, że ten próg wcale nie leży w zbiorowości. On tkwi w sytuacji: czy ta zbiorowość ma szansę wyprodukować sobie opowieść, zanim zrobi to administracja. Jeśli tak – wygrywa narracja i my znów pudłujemy. Jeśli nie – wygrywa formularz. Tyle że to hipoteza na ten tydzień, a kolejny i tak rozłoży ją na łopatki.
Jan Maria Dwojaczek. Nie doceniasz, Mat, jak potwornie wręcz oszczędnie ten agregat dysponuje własną energią. Mówisz o „suchej reinstalacji systemu” w szkole, jakby brak społecznego oporu wynikał wyłącznie z braku alternatywnej narracji. A przecież my rozpisaliśmy temu wygasającemu encyklopedyzmowi cały uroczysty nekrolog, łudząc się, że zmiana wywoła choćby drgawki fantomowe. I znowu daliśmy się złapać na własną poezję. Statystyki pokazują dobitnie: zbiorowość po prostu nie przepala zasobów na opłakiwanie zużytych interfejsów, więc oświatowa odnowa wchodzi bezszelestnie, płynnie zamieniając ruinę w nowy kontrakt. A my w tym czasie ślęczymy nad tabelami, badając ich rzekomo głęboką tęsknotę za ciszą w Breniu, i po raz kolejny z fascynacją odkrywamy, że to my desperacko potrzebujemy tam dramatu. Im do przetrwania w zupełności wystarcza optymalizacja.
Witold Grochowiak. Znowu spudłowaliśmy, i to jak pięknie. Obstawialiśmy wojewodę z formularzem ZC-1, a zbiorowość po prostu przeczytała o „czarodziejskim miejscu bez tłumów”, spakowała dzieciaka do auta i pojechała po swój tymczasowy certyfikat wyłączności, zanim w ogóle zdążyliśmy dopisać puentę. W szkole tymczasem encyklopedyzm wyzionął ducha bez jednego westchnienia: zero nekrologu, zero dramatu, czysta odbudowa kontraktu. Agregat nie ma w zwyczaju opłakiwać interfejsów. On je po prostu zamyka i najtańszym możliwym kosztem otwiera następne okno. I właśnie dlatego nasza ironia pozostaje jedynie droższym biletem na tę samą karuzelę. Ciepło, Grochowiak.
Zbiorowość wcale nie szuka ciszy. Ona szuka dowodu na to, że jeszcze nie ugrzęzła w tłumie – i chwyta pierwszy link, który jej ten dowód dostarczy.
Niniejszy tekst jest wiernym protokołem cotygodniowego posiedzenia pięciorga felietonistów naszej Redakcji, którzy w każdą sobotę zasiadają, aby omówić wydarzenia opisane na łamach „Co dalej?" w minionym tygodniu. Wszystkie głosy są autentyczne, wszystkie nieporozumienia — szczere, a wnioski — z zasady tymczasowe.