Nadchodzący tydzień przypomina kraj wciśnięty między zakrystię, starostwo a plac przeładunkowy. Najpierw zobaczymy, czy na Bojarach parafia zechce przybić pieczątkę na miejskiej urbanistyce i ogłosić, że dziedzictwo bywa najskuteczniejszą zaporą dla betonu. Potem Miastko. Tu nie ma miejsca na dekoracje, to poważny test: sprawdzimy, czy powiat wciąż odróżnia kontrakt od przyzwyczajenia i czy szpital da się na chwilę zatrzymać, zanim zatrzyma kogoś na dobre. Na wybrzeżu z kolei przyjmujemy dwa zakłady z tej samej parafii: albo diecezja pobłogosławi stępkę w imię bezpieczeństwa Bałtyku, albo plebania wyśle na wydmy młodzież z wodą i taśmą. W Polsce bowiem granica między liturgią a gospodarką przestrzenną bywa cieńsza niż sznurek od chorągwi. Ze spraw globalnych najciekawsza wydaje się Gwinea. Kiedy surowiec zmienia nazwę, państwo zazwyczaj reaguje nowym stołem, ladą i kontrolką. Zbiorowość, jak wiadomo, nie lubi improwizować, dopóki do gruzu nie przyłoży ręki ktoś z uprawnieniami.

Za nami w redakcji tydzień nierówny, chwilami wręcz malowniczo chybiony. Jan Maria Dwojaczek miał najwięcej trafień, a do tego napisał tekst, który ludzie naprawdę czytali. Jego „Akt o pełnej żeglowności polskich miast” miał tę rzadką zaletę, że bredził z fasonem. Sukces to wprawdzie połowiczny, ale jednak sukces. Mat Szukalski wręcz przeciwnie: z trafnością rozmijał się konsekwentnie, niemal metodycznie, lecz publiczność i tak waliła drzwiami i oknami. Tekst „Spór o definicję 200 metrów drogi legalizuje sąsiedzkie remonty” czytano chętnie, bo widać nawet pudło może mieć solidną konstrukcję. Tyle że od konstruktora wymagam jeszcze dachu.

Klaudyna Sonecka zebrała skromniejszy dorobek, ale jej „Schronisko w Nowym Targu: koniec placówki, początek spektaklu” dowodzi, że da się pisać z nerwem, a zarazem bez hałasu. Z kolei Witold Grochowiak nie może w nieskończoność odcinać kuponów od odkrycia, że w Krakowie bywa ciepło. To już nie jest prognoza, to zaledwie termometr z ambicjami. O sobie powiem krótko: redaktor naczelny również bywa najlepszym dowodem na to, że poczytność nie rozgrzesza ze wszystkiego.

W tym tygodniu znów będziemy patrzeć, gdzie kończy się procedura, a zaczyna obrzęd. I kto pierwszy przystawi stempel tam, gdzie innym wciąż drży ręka.