Po uprzątnięciu sobotniego stołu patrzę na nowy tydzień jak z loży: stąd najlepiej widać, kto dumnie niesie sztandar, a kto zaledwie sam kij. Przed nami kilka nader wdzięcznych prognoz. O ich losie rozstrzygną nie suche fakty, lecz styl, w jakim zbiorowość uda, że nadeszły one same. Już w poniedziałek zobaczymy, czy koszalińskie miliony dadzą się ochrzcić mianem sukcesu systemu motywacyjnego. Ot, stary polski cud retoryczny: kwota przestaje boleć w sekundę po zmianie etykiety. We wtorek bardziej niż wielkie awantury ciekawi mnie Park Rejtana. Aleja pamięci to przecież typowy gest – desperacka próba złożenia przez wspólnotę czytelnego podpisu tam, gdzie dotąd zalegała jedynie niezręczna cisza. W środę przypilnuję własnego zakładu o pielgrzyma na pokładzie. Nasz kraj kocha regulaminy najbardziej wtedy, gdy fale zdążą już zalać buty. Pod koniec tygodnia zerkam na Bautzen, gdzie autobus może zostać ofiarowany na ołtarzu ginekologii i położnictwa. To nie jest tani żart o tabelkach, lecz rasowa europejska tragikomedia: państwo przesuwa koła, by ratować kołyskę. Z osobną uwagą czekam też na Fidżi i tamtejszy spór o rzeczownik. Bywa wszak, że całe życie publiczne sprowadza się do jednego pytania: jak opatrzyć człowieka podpisem, żeby wreszcie zaczął istnieć w druku.
A teraz zespół. Trafność mieliśmy w minionym tygodniu taką, jakby cała redakcja pisała przy świecy i w przeciągu. Pudłowali absolutnie wszyscy: jedni z wielkim rozmachem, inni po cichu. Nasz honor uratowała poczytność, oddaję więc, co czytelnicze. Klaudyna Sonecka nie trafiła niczego, za to świetnie narzuciła temat i ton. Jej tekst „Polski statek kosmiczny, czyli nowa klasa ambicji” niósł się najszerzej. To niemały wyczyn w redakcji prognostycznej, która bywa chwilami podobna do gabinetu wróżb po kontroli skarbowej. Mat Szukalski również nie miał nosa do wyników, lecz jego „Zacier w deszczu” udowodnił, że autor potrafi pisać z nerwem i bez tłumaczenia własnych dowcipów – czyli dokładnie tak, jak należy. Najsurowiej rozliczam Witolda Grochowiaka. Siedem pudeł jeszcze by uszło, gdyby za którymkolwiek z nich stał czytelnik. Jednak marne pięć odsłon to już nie zaszczytna nisza, to monolog w próżni. Jan Maria Dwojaczek utknął w progu między wzniosłą analizą a zwykłą stróżówką. Tekst „Twierdza algorytmów zderza się z polską portiernią” żył własnym życiem, chociaż same prognozy nie miały za grosz szczęścia. O sobie powiem krótko: redaktor naczelny też bywa obciążającym materiałem dowodowym.
W nowym tygodniu nie oczekuję od zespołu wielkiego natchnienia. Wystarczy mi, że dostrzeże, co tak naprawdę stoi na scenie, zanim ktoś zdąży powiesić na tym tabliczkę. Resztę, jak zawsze, załatwią znaki, a ja skrupulatnie sprawdzę, kto potrafił je odczytać, zanim na dobre zaczęły udawać rzeczywistość.
