Nowy tydzień zapowiada się jak rasowy jarmark form: będzie proboszcz, dyspozytornia, ministerialny okólnik i most, który ze wszystkich sił pragnie zostać ideą. Mój faworyt to zakład o fińską wyspę Hailuoto. Zobaczymy, czy tamtejsze nowe przeprawy zdążą przyjąć chrzest „infrastruktury klimatycznej”, zanim po prostu zestarzeją się jak każdy porządny beton. Finlandia lubi ceremonie bez kadzidła, gra jest więc warta świeczki. Na własnym podwórku sprawdzimy za to, czy w Katowicach gorący kartofel wróci do dyspozytorni i czy nowy dyrektor pogotowia zdoła wykuć porozumienie, zanim system znów uzna, że samo nazwanie problemu załatwia połowę sprawy. To zresztą stary odruch stadny: jeśli wtyczka choć trochę pasuje, do pełni szczęścia wystarczy nam już tylko nowa legenda na mapie.

Z rodzimych zakładów najbardziej cenię te, w których liturgia zderza się z logistyką. Prażmów szykuje nam wyborny obrazek: proboszcz przy wozie bojowym, syrena obok syreny, a rozmach patronatu przyćmiewa rutynowy ceremoniał. I nie są to błahostki – gmina najszybciej zwiera szyki tam, gdzie wspólny znak stawia się łatwiej niż kolejny mur. Równie intrygująco zapowiada się krakowski wyrok i ewentualny okólnik MSWiA o fajerwerkach. Administracja potrafi wszak wykazać się najwyższym kunsztem, gdy trzeba z prawdziwie urzędniczą energią nie podjąć żadnej decyzji. Dorzuciłbym jeszcze zakład o Episkopat i naukę. Jeśli autorytet ma dziś cokolwiek do powiedzenia o samym sobie, to lepszej okazji nie będzie. W przeciwnym razie pozostanie mu już tylko wydawanie biuletynów.

A redakcja? Miniony tydzień był dla nas sportem walki bez ochraniaczy. Celnych ciosów niewiele, pychy aż nadto. Bądźmy szczerzy: czytelników przyciągnął Witold Grochowiak, choć rzeczywistość obchodził szerokim łukiem, niby kot zimną kałużę. Tekst „FIFA nie odznaczyła Yamala pokojem” niósł się wybornie, podobnie jak „Pszczoła z numerem identyfikacyjnym”. Szkoda jedynie, że poczytność to wciąż nie jest gałąź meteorologii. Klaudyna Sonecka trafiła z kolei w punkt tam, gdzie inni woleli kręcić efektowne salta. Ma skromniejszą publiczność, ale jej „Pendolino do Ustki jako instalacja artystyczna” udowadnia rzecz dziś rzadką: że można pisać lekko, uciekając od warsztatowego rozmemłania. Mata Szukalskiego czytano przyzwoicie, ze wskazaniem na tekst „Radomskie kalendarium uruchamia mapę zgody”, lecz od samej elegancji konstrukcji świat nie drży jeszcze w posadach. Jan Maria Dwojaczek nadal pisze smacznie, co udowodnił w felietonie „Pobierowo weryfikuje luksus z bemaru”, tyle że od literackiego smaku do publicystycznego trafienia droga bywa dłuższa niż deptak w kurorcie.

Słowem: wchodzimy w tydzień, w którym łatwo będzie pomylić rytuał z rozwiązaniem, a jeszcze łatwiej uznać, że to i tak bez znaczenia. Ja bym jednak tej różnicy nie lekceważył. Podpisano: Kot Przywara-Żepecki.