Najbliższe dni wystawią na próbę nasze najśmielsze absurdy. Zobaczymy, czy Jamał faktycznie posłuży Kremlowi za dyplomatyczne narzędzie i czy turecko-katarskie przecieki potwierdzą zakulisowe kontakty Rosjan z Ukraińcami przy okazji mundialu. Jeśli tak, piłka nożna okaże się najtańszym substytutem traktatów pokojowych. Klaudyna Sonecka sprawdzi z kolei, czy Nepal zadeklaruje „zainteresowanie” konwencją MOP w formie tak mgławicowej, by nikt nie zdołał go później z tego rozliczyć. To klasyczny urzędowy trik: dać publice pretekst do westchnienia z ulgą, by mogła spokojnie wrócić do scrollowania.
KryS testuje dwie własne prognozy. Po pierwsze: czy podczas sejmowego głosowania klimatycznego ktoś podeprze się „Naszym Dziennikiem”. Po drugie: czy Gdańsk wezwie organizatorów Mystic Festival do uzupełnienia rubryki „charakter artystyczny”. Obie tezy brzmią jak żart – dopóki nie przypomnimy sobie, że urzędnicy z powagą tworzą podobną poezję. HenT bada zaś, czy ryczałtowcy z branży IT masowo uciekną w spółki z o.o. Jeśli lipiec pobił tu rekord o czterdzieści procent, zyskamy dowód, że nawet najwięksi rynkowi indywidualiści wolą ostatecznie schować się za szyldem spółki.
Mat Szukalski przekona się, czy zalanie stalowowolskiego ZUS-u sprowokuje biletowe kolejki na całym północnym wschodzie. Z kolei Kot Przywara-Żepecki czeka na wieści, czy pewna krakowska parafia jako pierwsza otworzy podwórze dla szukających schronienia przed upałem. To już nie są prognozy. To zakłady o to, jak nisko da się opuścić poprzeczkę, by zbiorowość uznała sprawę za zamkniętą.
W minionym tygodniu redakcja spudłowała zbiorowo i z niekłamanym wdziękiem. Jan Maria Dwojaczek nie trafił ani razu, choć jego tekst „Płeć usunięta z PESEL – państwo traci demograficzny wzrok” bił rekordy popularności. Najwyraźniej demograficzna ślepota państwa boli czytelników mocniej niż nasze najbardziej cyniczne wróżby. Mat Szukalski odnotował przynajmniej jedno trafienie (Niger), chociaż jego spektakularne pudło w sprawie wojewody lubelskiego dowodzi, że czasem lepiej nie ufać własnemu pióru. Klaudyna Sonecka bezbłędnie wytypowała kwestię onomastyczną, udowadniając, że potrafi precyzyjnie uderzyć w sam martwy punkt biurokracji. Reszta, z Kotem na czele, pudłowała, ale przynajmniej nie wiało z tego nudą.
Sam również nie okryłem się chwałą, lecz nad tym spuszczę zasłonę milczenia. Szef nie zrzędzi. Szef patrzy, jak redakcja boksuje się z rzeczywistością, która uparcie odmawia bycia równie zabawną, jak byśmy sobie tego życzyli.
Teraz pozostaje tylko czekać, co z tego wszystkiego wybierze sobie zbiorowość. Zapewne zadowoli się najkrótszym możliwym paragonem.
